Położna środowiskowa- nasz anioł stróż

Położna środowiskowa- tyle się nasłuchałam o różnych strasznych paniach, które krzyczą na młode matki, stresują i doprowadziły do deprechy moje koleżanki i znajome, ze miałam obawy przed wizytą naszej.
Najpierw musiałam w Poznaniu podpisać deklarację. Wybrałam się więc na Kórnicką do przychodni- tam bowiem znajduje się centrum dowodzenia naszych rejonowych położnych środowiskowych. Podpisałam deklaracje- zbesztana zostałam, ze tak późno przychodzę ale zaraz pocieszona, ze wszystko da się nadrobić i na pocieszenie( jak małemu dziecku) otrzymałam całą siatę próbek, próbeczek, książeczek, kalendarzy, laminowanych instrukcji i ulotek! Wciąż jednak czekałam z niecierpliwością, aby poznać naszą panią położną. Moi rodzice i teściowie mieszkają daleko, więc liczyłam na wiedzę fachową naszej położnej. Przecież Internet i książki to nie to samo co na żywo!
Pani położna zjawiła się jeszcze przed porodem. Zbadała mnie, maluszka w brzuchu, przyniosła cała masę instrukcji do głębszej lektury i… zupełnie się uspokoiłam. Okazała się nie tylko przesympatyczną babką ale doświadczoną położną, która pracowała nawet w Libii! Niesamowita kobieta z wielkim poczuciem humoru, które wpływało na nas kojąco!
Po porodzie bywała u nas kilka razy w tygodniu- ze względu na mój ciężki stan. To ona ściągała mi szwy, pokazała jak radzić sobie z naszym małym terrorystą, pomogła zapisać się kolejno do specjalistów, doradzała w sprawie od kupek maluszka po kwestie laktacyjne. To było nasze źródło wiedzy o wszystkim- jak najbardziej sprawdzone. Nie muszę dodawać, że zawsze u nas się zasiedziała i pogadała trochę. To ona zapewniała i uspokajała: ” jak nie będziesz chciała lub mogła karmić piersią to bez paniki. Mamy mleko dla maluszków i da się żyć. Najważniejsze- bez stresu!”
Pamiętam taką rozmowę w obecności mojego męża, kiedy troszkę popłakiwałam z bólu:
Ona: Pan koniecznie kupi melisę. Będziesz piła trzy razy dziennie
Ja: To dla  maluszka, uspokoi go?
Ona:  hehe Nie, to dla Ciebie!
Ona: Pamięta pani o diecie?
Ja: Oczywiście, żadnych wzdymających.
Ona: Je pani lody?
Ja: Nie, chyba nie można!
Ona: Trzeba koniecznie wprowadzić!
Ja: Dla zdrowia?
Ona: Dla humoru:)
Zawsze w razie potrzeby odwiedzała nas, gdy zadzwoniliśmy. Pamiętam, ze była u nas wiele razy. Nie trzy, cztery. Raz czy dwa przed porodem a potem naprawdę często. Kiedy skończyły się wizyty, poczułam jakby mi zabrakło oparcia. Teraz radzimy sobie świetnie, ale brakuje nam naszego anioła stróża. Mieliśmy ogromne szczęście.
Na jakie położne wy trafiłyście? Mam nadzieję, że na równie miłe. A może miałyśmy tę samą panią:)

Mama wielu pasji, zawsze zajęta jakimiś nowymi pomysłami i projektami. Uwielbiam odkrywanie świata z moimi dziećmi, naukę poprzez zabawę, kreatywne niespodzianki i wspólne gotowanie. Blog to miejsce, w którym dzielę się własnymi doświadczeniami i wiedzą! Zapraszam!

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.